Jak śpiewał bard przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda… i tak mniej więcej minął mi pierwszy dzień we Francji.
Zaczęło się niewinnie już z 2 tygodnie temu, gdy dostałem wiadomość od Air France, że zmienia mi się operator i terminal na trasie Paryż-Biarritz. No nic, trzeba było wsiąść w autobus i podjechać 🤷♂️

Dotarłem do Biarritz o czasie, koło 14:40. Ponieważ pociąg do Saint- Jean-Pied-du-Port był dopiero o 18:20 (kupiłem nawet bilet online) to poszedłem na spacer.

Idąc zacząłem czuć intensywny przyjemny zapach olejku, który wziąłem w kosmetyczce. Zaniepokojony sprawdziłem czy aby się nie wylał. Oczywiście, że do ostatniej kropli. Strasznie musieli tymi bagażami rzucać 🙈
Co więcej, zalał dwie rzeczy: ręcznik i czapkę. No ciężko się tłustym ręcznikiem wytrzeć, zwłaszcza z cieniutkiej mikrofibry…
Pozwiedzałem troszkę:




I na 2h przed odjazdem pociągu postanowiłem udać się na stacje. Niby 1h 50 min pieszo, ale nie chciałem się zanadto sforsować przed rozpoczęciem pielgrzymki. Sprawdziłem Ubera, wyszło drogo. Więc postanowiłem skorzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Dużo czasu, a autobus jedzie 30 min. Stwierdziłem, że od razu pojadę, to będę miał z godzinę zapasu. Trzeba było iść na piechotę…
Przez pół godziny nie podjechał jakikolwiek autobus, a ludzi było coraz więcej. Ale to nic. Bo nagle podjechała koparka i zastawiła wielkimi blokami drogę… no nic. Autobusy nie jeżdżą, dojść już nie zdążę, niech będzie ten Uber. Zamówiłem. Ca ja piszę. Chciałem zamówić. Trzy podejścia. Każde po 5 min czekania. I nic. No i na pociąg szanse spadły do zera. A kolejny odjeżdżał 2h poźniej. Tylko do SJPP o takiej godzinie, że już Gite gdzie śpię nie przyjmuje gości… spróbowałem Ubera zamówić na te 60km. Na taki dystans nie czekałem więcej niż minutę na akceptacje przejazdu! Ale by nie było za prosto, w międzyczasie, policja poustawiała zasieki blokujące dojazd do miejsca gdzie byłem. Dzwoni kierowca i mówi czarującą płynną franczusczyzną, czy mogę do niego dojść z pół kilometra. Oczywiście ja tego języka nie znam, a on nie znał polskiego. Więc się dogadaliśmy i tak z przygodami dotarłem do linii startu.




Udałem się do centrum pielgrzyma i zdobyłem, za całkiem niewygórowaną opłatą, paszport! a w nim pierwszy stempel!

Zameldowałem się do Gitę. Tam zapytali mnie czy chrapię? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą… śpię na korytarzu sam a nie w dormitorium! Więc rano pobudka o 5-6 jak ludzie będą wychodzili!
Aby dobrze zakończyć dzień udałem się na kolację. Nie było za bardzo wolnych stolików. Dlatego kelner zaproponował bym siadł razem z dwoma paniami bo ma wolną czwórkę. Szkoda, że nie widzieliście przerażenia tych dwóch sympatycznych amerykanek. Chwilę po tym jak wspólnie zasiedliśmy do stołu, okazał się, że są dwie wolne dwójki. Kelner je przesadził. Pytam się go więc, czy mam siedzieć sam przy stoliku czteroosobowym, czy mnie tez przesadzi. Uznał chyba, że stolik tak duży może być odpowiedni dla mnie. I tak już dokończyłem swoją kolacje!

A teraz na ulicy dzieje się to:
To nie rozróby uliczne! To fajerwerki!
Co przypomina mi, że spytałem kierowcę Ubera o te utrudnienia w ruchu, na co on odrzekł, puch, puch i ręce w górę i ruszał palcami 🤣
W Gite powiedzieli, że dziś się kończy jakieś lokalne święto, stąd zamknięte sklepy, imprezy i fajerwerki.
Co ciekawe, wybuch trwają już z 10 min i nie zanosi się by się miały skończyć…