Podróż drogą św. Jakuba uznaję za rozpoczętą! Wyruszyłem zaraz po śniadaniu (też dobra historia, ale to na końcu), bladym świtem czyli o 8:25. Lekko niedospany, z opuchniętymi oczętami, ale głową pełną marzeń i sercem przepełnionym nadzieją na spokojne dotarcie do dzisiejszego dnia spoczynku. W końcu to tylko 8km…

Temperatura na start: 19C. Wilgotność przeciętna: 95%. W nocy lało! Wszędzie mgły 🤷♂️



Już po 10 minutach serce przestało być napełnione nadzieją na dotarcie na miejsce, a w zamian pojawiła się nadzieja na brak zawału i skuteczność ubezpieczenia zdrowotnego.

Niemniej, szedłem. Droga wiła się po prawie pionowych zboczach Pirenejów.
Nos zaczął wiercić przemiły zapach, słodki i lekko smaczny. To rozciągnięte po horyzont plantacje kukurydzy tak pachniały

Ale nie minęło wiele czasu i pojawił się inny zapach. Produktu ubocznego wypasu zwierząt i używanego do zasilania plantacji kukurydzy w jakże cenne składniki odżywcze. pojawiły się też zwierzęta. Niby francuskie, ale zapach jakże znajomy

I tak sobie wesoło spacerowałem podziwiając krajobrazy, które kojarzyły mi się jak skrzyżowanie pejzaży Szwajcarskich z Karkonoszami i Lubelszczyzną (jary porośnięte drzewami)


Wraz z upływem wędrówki kolor mojej koszulki ulegał zmianie


zaś pot po raz pierwszy w życiu kapał mi z łokci.
Zagryzałem zęby i szedłem. Krok za krokiem. Ze średnia prędkością 1.58 km/h. Na szczęście wiaterek mnie lekko owiewał. Jak się zatrzymywałem, to zaczynała się ze mnie unosić para. Rozgrzany byłem obstawiam do 53C, a tętno stale wynosiło 146 uderzeń na minutę. Przez chwilę zastanawiałem się nad wyrzuceniem telefonu, bo przez dwie godziny co chwile pytał czy trening już zakończony, ale dalej szedłem. Podziwiałem zwierzęta



Słuchałem dochodzących odgłosów dzikiej przyrody
Nagrywałem filmy
Po pewnym czasie skończył się asfalt a zaczęła się polna dróżka zbudowana z trzech składników: gliny, łupków i łajna. Przypomnę tylko, że w nocy padało…



Nie zważając na niebezpieczeństwo skręcenia kostki, maszerowałem. Dotarłem do punktu widokowego!

Oczom moim ukazał się przepiękny widok!

Ruszyłem dalej. Do celu już tylko półtora kilometra. Skończyła mi się woda. Tylko nie przegapić poidełka dla pielgrzymów… przegapiłem. Zorientowałem się po 100m, że je minąłem. Zostało 1200m do celu. Szybki rachunek 100m w dół i 100m w górę to 300m. Czyli 25% pozostałego dystansu. Odpuszczam wodę. Mam herbatę w plecaku jak bym zanadto wysechł na pozostałym dystansie.
Na szczęście nie wyschłem i po pół godziny zobaczyłem cel mojej dzisiejszej peregrynacji


Można się już było zameldować! zdobyłem pieczątkę

A że byłem pierwszy, to mogłem wybrać łóżko


Pościeliłem materac i i oblokłem poduszkę otrzymanymi cieniutkimi fizelinowymi prześcieradłem i poszewką. Dostałem też żeton na prysznic. Jeden. Czas trwania 5 min. Czy można drugi? Nie. Czy można dokupić drugi? Nie. Bo woda z gór itp itd.
Rozpakowałem się. Zmieniłem ubrania. Zrobiłem pranie.

Poznaje nowe osoby! Pranie robiłem z amerykaninem z Orlando. Przedstawił się. Imienia nie powtórzę. Ale przysiągłbym, że crusseider czy jakoś podobnie…
I właśnie jak to pisze przysiadł się do mnie Thrond (d nieme) i gadamy od godziny… 🤦♂️
O 18:30 kolacja. Do tego czasu trzeba odpocząć i porozciągać się! zrelaksować! Zadbać o zdrowie!!!

Uzupełniam też magnez i wodę w organizmie!

Delektuję się też pięknymi widokami Pireneji

Oraz posilam zabranym ze śniadania crossaintem

A co do śniadania, to śmieszna sprawa. Mój gospodarz Joe pochodzi z Tajlandii. I rano obudził mnie piękny zapach pieczonego ciasta. Okazało się, że na śniadanie jest ciasto bananowe. Ale pieczone wczoraj a nie dzisiejsze. Spróbowałem. Ciekawy smak. Czosnkowy. Mówię mu to, a on, że faktycznie wczoraj robił smażony ryż i schował do lodówki razem z ciastem. A mówiąc to jeszcze puszczał bączki 🤣🤦♂️ tak że tak…