Po wczorajszych zmaganiach nie wiedziałem czy dam radę zejść z łóżka. Na szczęście się udało. Nawet nie było tragedii. Trochę gorzej ze schodzeniem po schodach na śniadanie, ale jakoś się też udało.
Posileni tostadą z dżemem i zalani kawą wyruszyliśmy o 8 z Zubiri w stronę Pampeluny.



Długi czas szliśmy w przyjemnym chłodzie i zachmurzonym niebie. Potem jednak słońce zaczęło wydzierać spod chmur i zrobiło się w końcu gorąco.






Wędrując nieśpiesznie już po 5h dotarliśmy do przedmieści Pampeluny.




Taka wielogodzinna podróż pobudza apetyt, więc nadszedł czas na małe co nieco.


Posileni, dotarliśmy do bram docelowego miasta dzisiejszej tułaczki.

Po toalecie i praniu nastał czas krzątania się po mieście. Na początek katedra. Ponieważ lubię oglądać kościoły ale nie jestem doktrynalnie przywiązany do historii przedmiotów to nie będę się rozpisywał o tym co oglądaliśmy w katedrze i muzeum












Po zwiedzaniu katedry udaliśmy się do Cafe Iruña by napić się czegoś w kawiarni z 1888 gdzie pijał również Ernest Hemingway. Po drodze popstrykaliśmy trochę zdjęć na mieście, w tym miejscu skąd ruszają gonitwy byków










I take przemierzywszy łącznie dzisiaj ponad 28 km, czyli ciut ponad 40 tys kroków, nie jestem w stanie zrobić kroku by nie bolało mnie w krzyżu, że o wyprostowaniu się nie wspomnę. Każdy ruch to przenikający ból.
Dzisiejsza trasa


A, i oczywiście pojawił się pierwsze obtarcia i bąble na stopach. A jutro do przejścia 24 km…