Wiadomo, że kradzione nie tuczy, ale czy również przy kościele? Ale może zacznę od początku.
Był piękny poranek, chłodny, niebo zaróżowione na horyzoncie a w powietrzu unosił się delikatny zapach ziół zmieszanych ze skoszonym zbożem. W takich okolicznościach wyszliśmy na szlak i ruszyliśmy w kierunku pierwszego większego przystanku na dzisiejszej drodze, czyli do miejscowości Los Arcos.










Nie przepadam za Los Arcos. To tutaj mnie tak przewiało w nocy, że zachorowałem w zeszłym roku. To tutaj zaczęło mi nawalać kolano. Jedzenie jest średnie a ceny duże. Mała miejscowość a jednocześnie jeden z punktów w którym zatrzymuje się wielu pielgrzymów na noc. Nawet cytując dzisiejszą rozmowę z Carlosem (zeszłoroczna wyprawa) „Anything is better than Los Arcos”.
Po zjedzeniu drugiego śniadania, szybko zmyliśmy się z tego miasteczka mając przed sobą jeszcze 10km do miasta docelowego Torres del Rio (osada istniejąca już prawdopodobnie za czasów rzymskich). A że szybko zbliżamy się do regionu La Rioja, to i napotykamy coraz więcej winnic.


I tu zaczęło się małe szabrowanie. Takie małe dojrzewające w gorącym słońcu fioletowe winogrona były bardzo dobre, ale białe były wyśmienite!




Ta owca chciała nas napaść gdy na chwile zatrzymaliśmy się na odpoczynek! Schylała głowę i tupała kopytkiem. Na szczęście zanim na nas ruszyła, to przeszła inna pątniczka, zaczęła z nią rozmawiać po francusku i owca poszła za nią 🙈






Po dotarciu na miejsce, umyciu się, posileniu, zregenerowaniu w basenie, nadszedł czas zwiedzania miasta. I przy jednym z kościołów były piękne, dojrzałe figi. Skuszony namowami postanowiłem zerwać kilka tych owoców…




Jak nie wrócę z tej wycieczki chudszy, to jednak kradzione też tuczy.